www.szift.org

"Poranny Autobus" - Mateusz Ożyński

Pan Tomasz to skromny obywatel dużego miasta, korzystający z usług transportu miejskiego. Dziś, tak jak w każdy inny dzień, stoi on na przystanku autobusowym. Nie powinno to ujść tu naszej uwadze, iż pan Tomasz stoi tak już od niemal godziny. I to nie dlatego, że jest masochistą i lubi stać na mrozie, ale dlatego, że zwykle w takim przedziale czasu powinny pojawić się tu już co najmniej cztery autobusy. A nie pojawił się jeszcze żaden.

Pan Tomasz rozejrzał się dookoła i nagle wzrok jego zatrzymał się na leżącym na pobliskim chodniku, zmaltretowanym rozkładzie jazdy. Tu pana Tomasza tknęło. Przypomniał sobie, że poprzedni rozkład został przecięty na pół i podpalony, podczas gdy ten leżący na ziemi był najwyraźniej cały. Musiał więc być dzisiejszy. Pan Tomasz udał się szybkim krokiem w stronę rozkładu i oto przekonał się w swych najgorszych przypuszczeniach - ZTM dokonało kolejnych cięć w kadrach! Piąty raz w tym roku!!! To naprawdę robiło się nieprzyjemne...

Tymczasem tłum na przystanku rósł z każdą chwilą.
- Co za cholera z tymi autobusami! Szlag by to wszystko trafił... - wydarła się jakaś gruba baba.
- My to przecie jeszcze dobrze mamy, proszę pani - odpowiedziała jej baba jeszcze grubsza. - To drugi przystanek od pętli i jak się postarać, to czasem nawet usiąść można! Bo widzi pani, mój kuzyn to w połowie trasy wsiada... Teraz, po tych nowych cięciach to się chyba za niego co dzień modlić będę, żeby on dojechał gdzie trzeba!

Pan Tomasz przysłuchiwał się temu wszystkiemu bez większego zainteresowania, gdy nagle usłyszał znajomy głos swojego sąsiada, pana Malinki.

- Dzień dobry, panie Tomaszu!
- A, dzień dobry! Wiedział pan o tym nowym rozkładzie?
- A bo to od dziś? W gazetach od trzech dni o tym piszą! Nawet jakieś demonstracje na mieście był, ale wszystko Jelczykami w chodnik wgnietli... I dobrze im tak. Po co się w politykę pchają? Ja tam mam swoje metody... Bo widzi pan, ja się na tę dzisiejszą jazdę dobrze przygotowałem. - Tu pan Malinka uchylił klapę swojej torby, odsłaniając fragment tasaka do mięsa. Pan Tomasz spojrzał na to zdegustowany. Osobiście uznawał co prawda delikatne formy przemocy przy walce o miejsce, ale trwałe okaleczanie była dlań czymś pozbawionym smaku. Sąsiad Malinka, widząc reakcję swojego współrozmówcy, zamknął szybko torbę i zaczął się tłumaczyć.
- Bo ja tak tylko na wszelki wypadek... W połowie trasy muszę dzisiaj wysiąść, a to kłopot z tym nieziemski... I to nie żeby skrzywdzić, ale tylko trochę postraszyć...

Wywód ten przerwało pojawienie się na horyzoncie czterech znajomych światełek. "To ciężarówka" - po przystanku przeszła natychmiast zdradziecka plotka, ale równie szybko została zdementowana: to musiał być autobus. Ludzie zbliżyli się do ulicy i niby od niechcenia, niezwykle leniwymi ruchami zaczęli przepychać się do miejsca, gdzie wkrótce stanąć miał upragniony pojazd. Gdy ten ostatni zbliżył się na odległość kilkunastu metrów, przepychanki przybrały bardziej jawny charakter i już po chwili kilka osób trzymało się za swe zakrwawione nosy. To wszystko było jednak niczym w porównaniu z psychozą, jaką wywołał szum otwieranych drzwi. Teraz każdy chciał zostać pasażerem, i to najlepiej pasażerem siedzącym. Słychać było już tylko urywane krzyki, przekleństwa oraz głuche uderzenia pięści. Odgłosy walki szczególnie nasiliły się, gdy zabuczał sygnał "po usłyszeniu nie wsiadać". Wynik końcowy był taki, że kilkanaście osób zostało na przystanku, przy czym część z nich stała, część masowała sobie obolałe części ciała, a jeszcze inni potrzebowali błyskawicznej pierwszej pomocy. Oczywiście, tylko ostatni krety mógłby pomóc komuś, kto za godzinę może być jego konkurentem w kandydowaniu do miana pasażera. Można więc spokojnie powiedzieć, że ci w stanie krytycznym byli właściwie martwi.

Pan Tomasz nie został na przystanku. Udało mu się dostać do autobusu i nawet o mało co, a zdobyłby miejsce siedzące. Niestety, właśnie gdy miał usiąść, jakaś schizofreniczna staruszka uderzyła go po głowie parasolką. Trudno - pomyślał pan Tomasz - najważniejsze, że jadę.

Z przodu autobusu stała młoda kobieta z dzieckiem i bez większego zaangażowania opowiadała bajkę o królu, który w zamian za zabicie smoka oferował pół królestwa, rękę swojej córki... oraz dożywotnią miejscówkę na miejsce siedzące w miejskim autobusie. Jak się okazało, śmiałek się znalazł i smoka pokonał, ale niedługo później został zabity przez zawistnych współpasażerów. Stojący obok kabiny kierowcy starszy pan o siwych włosach z zainteresowaniem przyglądał się tabliczce, na której wypisana była przewidziana liczba miejsc stojących oraz siedzących. Jakiś żartowniś w obu rubryczkach wstawił znaki nieskończoności. Starszy pan dopiero po chwili zauważył, że obie wartości zostały wybite, a więc były wstawione przez osoby uprawnione i miały zapewne prezentować najnowszy kierunek polityki ZTM.

W którymś momencie w pojeździe zaczęło podnosić się napięcie, bo oto na horyzoncie zamajaczył kolejny przystanek. Pan Tomasz wyjrzał przez okno, by z ulgą stwierdzić, że tutaj na przystanku czeka zaledwie kilka osób. I nagle przez głowę przeszła mu szatańska myśl "Może to pułapka! Reszta na pewno kryje się za wiatą!!!" Nic z tych rzeczy jednak nie miało tu miejsca.

Autobus ruszył i natychmiast gwałtownie przyśpieszył. Zaledwie chwilę później skręcił, zarzucając częścią pasażerów o ściany. Podniósł się harmider.

- Halo! Panie kierowca! Co tu się wyrabia... - wydarła się na cały głos jedna z pasażerek.
- Cicho... Niech pani będzie cicho... - wyszeptała siwowłosa starowinka spod okna. - Ja znam tego kierowcę i pani mówię: nic pani nie wskóra! On jest straszny, on zna rozliczne fortele!
- Co mi tu pani gada? Co za fortele?! Hej, panie kierowca?! Słyszysz mnie pan?! Pan sobie myślisz, że ziemniaki wieziesz?!
Kierowca, nic nie mówiąc, sięgnął ręką pod siedzenie i wyciągnął niewielki worek ziemniaków, po czym uniósł go do góry tak, aby wszyscy widzieli. Kobieta zamilkła.
- A mówiłam pani, ostrzegałam... - zaszeptała złowrogo siwowłosa staruszka. - Jego fortele są bezlitosne!

Tymczasem na przedzie zamajaczył następny przystanek, niemal równie pusty jak poprzedni. Pana Tomasza niezwykle rozbawiło babsko z olbrzymią walizką, pędzące z pobliskiego bloku. Stanowczo za daleko, by zdążyć... I oto kiedy wszyscy wcisnęli się już do pojazdu, stało się coś dziwnego - kierowca nie ruszył! Zostawił otwarte przednie drzwi i czekał. Pan Tomasz nie mógł uwierzyć własnym oczom...

Zdyszana kobieta dopadła upragnionego autobusu i wykrzykując wniebogłosy wszelakie pochwały pod adresem prowadzącego pojazd zaczęła z zewnątrz wpychać swoją walizę do środka. A kierowca tylko na to czekał i dokładnie w momencie, gdy bagaż do połowy znalazł się w autobusie, drzwi przeraźliwie zasyczały. Właścicielka zamarła z początku w przerażeniu, ale już po chwili pewnie trzymała się swojej nieszczęsnej walizki, która wystawała teraz na ponad pół metra z autobusu. Niestety, biedna kobieta zdołała wytrzymać tylko dwa przydrożne drzewa - po zderzeniu z trzecim odpadła, staczając się do rowu obok drogi. Kierowca, odnotowawszy z zadowoleniem ten fakt, przejechał dla bezpieczeństwa jeszcze kawałek, po czym, nie zatrzymując pojazdu, otworzył kabinę i przecisnął się do drzwi. Tam sprawnymi ruchami uwolnił zablokowaną walizkę i sprawdził jej zawartość. Nie znalazłszy niczego cennego, wyrzucił bagaż za drzwi i wrócił do kabiny. Doskonale wiedział, że dużo lepiej jest złapać dla przykładu aktówkę biznesmena niż walizę jakiejś grubej baby. Tyle tylko, że aktówki są zwykle małe i trzeba mieć niezły refleks, żeby taką odpowiednio chwycić, a on już się starzał, nerwy mu zawodziły...


- - - - - - - - - - - - - - -

Gdy przejechali dziesięć przystanków, sytuacja stała się poważniejsza niż ktokolwiek mógłby się spodziewać - ścisk był absolutny, a najbardziej zaludnione okolice dopiero się zaczynały. Trudno było sobie wyobrazić, jak do tego autobusu ktokolwiek mógł jeszcze wejść... A przyszłość, pod postacią jakichś osiemdziesięciu osób malujących się mgliście w przedniej szybie pojazdu, nie wyglądała zbyt różowo. "Może się nie zatrzyma?" - łudzili się jeszcze niektórzy. Ale zatrzymał się.

- Pan się posunie jeszcze trochę! Nie widzi pan, że chcę wejść?! - zakrzyknęła baba z wózkiem. - Pan się posunie! No przecież widzę, że jest jeszcze miejsce!
Na te słowa wszyscy zaczęli łakomie rozglądać się dookoła, ale niestety niczego nie znaleźli.
- Jakie miejsce?! - odezwał się po chwili mężczyzna w berecie. - W tym autobusie nie ma już wolnego miejsca! Pani zaczeka na następny autobus! I gdzie się jeszcze pani pcha?! Nie widzi pani: tu już nie ma miejsca!!!
Kobieta wpadła w chwilową konsternację, po czym doznała olśnienia.
- Nie ma wolnego miejsca? A tam?! - wskazała na pustą przestrzeń pod sufitem. Wszyscy spojrzeli do góry i już po chwili baba z wózkiem była wciągana przez kilku rosłych mężczyzn w przerwę między sklepieniem a głowami pasażerów. Ten sam los spotkał jeszcze kilkunastu innych nowo przybyłych i autobus ruszył w dalszą drogę. Po kilku następnych przystankach pasażerowie byli już rozmieszczeni mniej więcej w trzech poziomych warstwach, przy czym w niektórych miejscach liczba ta przechodziła w pięć a nawet sześć.

Pan Tomasz szczęśliwie znalazł się w wyższych partiach tej dziwnej konstrukcji i spoczywał tam sobie wygodnie, gdy nagle z boku dobiegł do znajomy głos.

- Przepraszam państwa! Ja wysiadam na następnym przystanku. Czy pani może też wysiada? Nie?! To może mogłaby by się pani przesunąć... Nie?! A widzi pani ten tasaczek?
- Nic nie widzę, proszę pana. I niech pan się uspokoi... nam wszystkim jest ciężko.

Pan Malinka nie był najwyraźniej w nastroju do uspokajania się i gdy tylko autobus zaczął zwalniać, dały się słyszeć kolejne przyciszone świsty tasaka, którym wtórowały różne dziwne krzyki. "To tak tylko, żeby trochę postraszyć..." - pan Tomasz przypomniał sobie słowa sąsiada, który teraz zresztą okazywał się być wyjątkowo skutecznym w dochodzeniu do swego celu. Świsty wyraźnie zmierzały ku wyjściu i gdy tylko otworzyły się drzwi, pan Malinka natychmiast znalazł się na zewnątrz. "No, no! Wysiąść z autobusu w połowie trasy - to nie każdemu się udaje!" - pomyślał pan Tomasz, będący teraz w pełni podziwu dla umiejętności sąsiada, nawet jeśli nie do końca zgadzał się z jego metodami.

Tymczasem na horyzoncie pojawił się następny przystanek. Wtedy właśnie na samym przedzie pojazdu kilkanaście twarzy przylepionych do szyby "nie ograniczać widoczności" zmieniło gwałtownie swój wyraz. Szczególnie widoczne było to na licu pewnej dziewczyny, której oczy rozszerzyły się nienaturalnie, a usta wyszeptały w histeryczny sposób dwa słowa: "Wycieczka z przedszkola!!!". W całym autobusie natychmiast wybuchła panika. Ludzie chowali w pośpiechu swój dobytek, podczas gdy olbrzymie sztormowe fale nieubłaganie zbliżały się do osady... O, przepraszam. To nie to opowiadanie...

- No, dzieci, wchodźcie, wchodźcie! - krzyknęła zaaferowana pani przedszkolanka. Maluchy na tę komendę poczęły szczelnie wypełniać przestrzeń pod sufitem, a jeden z nich wystawił nawet głowę przez lufcik w dachu.
- Ohohoho! Jak tu fajnie!!! Widzę dach, ha,ha... Hej! Co pan robi! Nie! Niech pan nie zamyka tego lufcika... Nieeee...

Poza tym małym incydentem wszystko zdawało się przebiegać sprawnie i bez problemów. Niestety, kiedy tylko drzwi autobusu zamknęły się, przedszkolanka raz jeszcze policzyła wszystkie dzieci i z przerażeniem stwierdziła brak jednej sztuki.

- Mareczek! Gdzie jest Mareczek?!
- Tam - krzyknął ktoś, wskazując w stronę przedniej szyby. Okazało się, że Mareczek stoi sobie beztrosko na środku drogi, patrząc z zaciekawieniem na zbliżający się autobus.
- Niech pan hamuje!!! - krzyknęła przedszkolanka, ale autobus wtedy właśnie jeszcze bardziej przyśpieszył. Wydarzenie to bardzo wszystkich wzburzyło i w całym pojeździe odezwały się podejrzliwe szepty. Kierowca zdawał sobie sprawę, że nie ma nic gorszego niż bunt pasażerów, wobec czego musiał coś szybko przedsięwziąć.
- Drodzy państwo! Mamy dwie minuty spóźnienia, które muszę nadrobić! Nie mogę pozwolić sobie na hamowanie, a gazu dodałem, żeby dzieciak się nie męczył. Widzicie państwo te zdjęcia wiszące w czarnej obwódce na przedniej szybie? Wiszą tam na przestrogę - to kierowcy, którzy nie dojechali na czas na pętlę...
Przemowa ta rozluźniła nieco napiętą atmosferę, a chwilę później wszystko wróciło już do normy.

Pan Tomasz starał się właśnie wyjrzeć przez okno, gdy do uszu jego dobiegł z dołu dziwny bełkot. Z początku zignorował to, lecz po chwili bełkot pojawił się znowu, z tym że tym razem wyraźnie słyszalny był fragment o czarnej kurtce. Pan Tomasz miał na sobie czarną kurtkę, więc doszedł do wniosku że to do niego.

- Nic nie rozumiem!
- Wy... ho... hi!
- Co?! Nic nie słyszę!
- Wy... ho... hi!!!
- Co?!

Wtem pośród licznych warstw pasażerów polegających w autobusie pojawiła się drobna luka, dzięki której pan Tomasz wreszcie mógł usłyszeć głos nieznajomego.

- Bileciki do kontroli!
- Aaa! Mam miesięczny. Oto on - tu pan Tomasz pokazał kontrolerowi bilet.
- Hru... nou!
- Że, co?!
- Hru... nou!!!
- Nic nie słyszę!

Tym razem konduktor zamilkł i inteligentnie odczekał do momentu, aż w ludziach znów utworzy się przesmyk.

- Drugą stroną, proszę pana! Drugą stroną!
- Proszę bardzo!
- Dziękuję!

Pan Tomasz spokojnie schował bilet do kieszeni. Po chwili do jego uszu znów dotarł niewyraźny, zniekształcony głos konduktora. Tym razem rozmawiał chyba z kimś młodym, a wzrastający poziom głosu świadczył o tym, że prawdopodobnie trafił na gapowicza. I rzeczywiście. po serii niewyraźnych, lecz głośnych i gwałtownych bulgotów konduktor wypłynął nagle na powierzchnię masy złożonej z pasażerów. Był sam.

- Już ja ci dam, ty młokosie. Ja ci dam, okradać biedne ZTM, złodzieju cholerny! Chowaj się tam wśród ludzi, jak glista jakaś! I tak nic ci to nie da! Nas tu jest trzech!!! Heniek! Waldek! Szukamy niskiego blondyna w żółtej kurtce!

Z końców autobusu odpowiedziały konduktorowi dwa niewyraźne bulgoty i po chwili on sam zanurzył się z powrotem w odmęt skłębionych ciał. Pan Tomasz cieszył się tylko, że to już prawie koniec jazdy.